|
|
Kołodziej Józef
(nr obozowy 149980)
9 maja 1943 gestapo urządziło obławę. W nocy ktoś gwałtownie zaczął dobijać się do naszego domu. Po otwarciu drzwi weszło dwóch uzbrojonych w broń automatyczną gestapowców. Szybko przebiegli przez mieszkanie. Nikt z nas nie uciekał, staliśmy zaskoczeni… Kazali się mi i mojemu bratu ubrać się, po czym poprowadzili w kierunku mostu (w Borzęcinie). Tam stało już 30 osób. Wszystkich załadowano na samochód. Niewiadomo za co byliśmy aresztowani. Dowiedzieliśmy się dopiero wówczas, kiedy poszliśmy na przesłuchanie. Ten, który wracał "z przesłuchania" opowiadał pozostałym, o co chodziło. W celi siedziało 16 osób, z czego połowa to borzęcinie.
Jak nas traktowali? Po przywiezieniu spisali personalia każdego więźnia i umieścili w celach. Początkowo siedzieliśmy na oddziale piątym, czyli najwyżej. Panowały tam najgorsze warunki. Po 2-3 tygodniach brali każdego na przesłuchanie. Najpierw poszedł mój brat. Powiedział, że nigdzie nie należał, nie ma go na liście osób przeznaczonych do aresztowania. Wtedy gestapo innym tonem zaczęło z nim rozmawiać. Nie wiem, ale pewnie trzy godziny tam siedział. Kiedy przyszedł, wzięli mnie, byśmy nie zdążyli się skontaktować. Prowadził Niemiec, oczywiście pod bronią. Musiałem iść trzy kroki przed nim. Zarepetował broń, bym przypadkiem nie miał ochoty uciekać. Ja zaś nawet o tym nie myślałem, bo raczej wolałem przeżyć. Były tam drzwi automatycznie zamykane. Po półgodzinie przyszło dwóch innych gestapowców. Jeden tylko umiał po polsku. Zarzucają mi: - należysz do organizacji!, do jakiej?, posiadasz broń!, jakie zadanie miałeś przydzielone w tej organizacji?. Myślę sobie, że jeżeli im powiem, że należę, to koniec… przecież mnie zabiją. Powiedziałem, że ktoś rzucił na mnie oszczerstwo. - Nie należałem do żadnej organizacji, nie należę i żadnej broni nie posiadam - oznajmiłem. Oni jeszcze raz - żeby mówić prawdę, bo w przeciwnym razie mnie wykończą. Po to mnie tu wzięli, żebym powiedział prawdę. A ja dalej, że już powiedziałem prawdę i innej prawdy nie znam i nic nie wiem. Jeden z nich wziął taką szablę i uderzył w twarz, drugi zaś okładał mnie bykowcem. Kazali położyć się na stole i bili. Nie liczyłem razów, oni też nie… Kazali mi się podnieść i jeszcze raz: "Teraz powiesz prawdę czy nie?". A ja: "już powiedziałem - innej prawdy nie znam". I poszedł przyniósł maskę gazową. Założył mi tę maskę na głowę. Myślę sobie, co to gaz puszczą? Założył jeszcze pochłaniacz i wkręcił go. To chyba był gaz, bo momentalnie upadłem na ziemię. Nie pamiętam nic. Kiedy się ocknąłem, nie miałem już maski na twarzy, ale za to okropny ból przeszywał mi głowę. Gestapowiec kopał mnie po głowie, bo nie dałem rady się podnieść. Zerwałem się ostatkiem sił, kiedy dostałem potężny cios. No, teraz już będziesz mówił, bo jeszcze mamy inne sposoby - wrzeszczał. Ale ja przecież nie mogłem nic powiedzieć. Przeprowadzili mnie wtedy do innego pomieszczenia. Przyglądam się wiszącym tam łańcuchom. Kazali mi do nich podejść, założyli mi ręce w tył, związali i powiesili. Pomyślałem sobie, że już tego nie wytrzymam, ale… z pomocą boską człowiek wszystko wytrzyma. I tak wisiałem chyba dwie godziny. Przy tym tak samo bili i katowali. Przyszła cała komisja gestapowska. Zastanawiałem się, dlaczego ich jest teraz więcej, może chcieli zakończyć przesłuchanie albo mnie zastrzelić.
O ósmej wieczorem zakończyli męczarnie, odprowadzili do więzienia na ul. Urszulińskiej i zamknęli w piwnicznym pomieszczeniu. Oczywiście, byłem skuty łańcuchami - przecież stałem się wielkim przestępcą! Nocowałem na deskach. Zemdlałem chyba ze dwa razy, bo przyszedł popatrzyć jeden z pilnujących, czy mi się coś nie dzieje, przyniósł trochę wody, ale mnie nie rozkuł. Jakże więc miałem się napić, skoro miałem z tyłu ręce związane. Dał mi trochę wody i szybko ją wziął. Na tym kończyło się pożywienie. A pić chciało mi się bardzo, przecież gorączkę miałem, no ale trudno. Na drugi dzień rano wzięli mnie do kancelarii, ale już nie bili, nie mordowali, tylko spisali protokół i mówią: "Podpisz się tu". Napisali w protokole, że posiadam pistolet FIS i 150 sztuk naboi. A ja mówię "skąd wyście to wzięli, kto wam to powiedział??? Ja nie posiadam żadnej broni! A tym bardziej skąd bym wziął tyle naboi?". "No więc jak? Nie podpiszesz?" - "Nie, tego nie podpiszę". Spisali drugi protokół, przeczytali mi, bo to po niemiecku, a ja po niemiecku niewiele rozumiałem. Mówię - "Czy to jest prawda? Czy to naprawdę jest tak, jak napisaliście?". "No tak…" - odpowiedzieli - i podpisałem wtedy protokół. Odwieźli mnie dorożką do więzienia, bo już nie mogłem chodzić. Później prawie przez dwa miesiące rękami nie mogłem ruszyć, nawet łyżki do ręki nie mogłem wziąć, tak mnie wszystko bolało. Ale człowiek młody był, wszystko przetrzymał, przeżył.
W więzieniu w Tarnowie przebywałem trzy miesiące. Oni trzymali więźnia długo, bo aż do śledztwa. Brat też tyle siedział, pomimo że nie było go na liście. I po tym czasie dopiero wypuścili go do domu. Niemcy dostawali już lanie na frontach, Sowieci podeszli pod San, a alianci wylądowali w Normandii. Niemcy czuli, że koniec ich jest bliski.
Sześćdziesięciu sześciu ludzi przygotowali do transportu. W Tarnowie na dworcu towarowym załadowano nas do wagonów bydlęcych i wieziono prawie 12 godzin bez picia i jedzenia. Wylądowaliśmy na bocznym torze w Auschwitz. Trudno mi powiedzieć, kiedy to konkretnie było. Koniec sierpnia, gdzieś w okolicach dwudziestego. Transport jest gdzieś na pewno zanotowany. Może to był już i wrzesień… nie wiem… Za drutami obozu otworzono drzwi wagonu, wtedy dopiero pierwszy raz zobaczyłam, co to jest Auschwitz. Wysiadanie… Kilku SS-manów wpadło do wagonów jak sfora psów. Wychwytywali więźniów, jak tylko się da najgorzej. Popychali, bili, kopali. Nie wszyscy cało wyszli z tego "ekspresowego wysiadania" - tak można to nazwać. Niektórzy mieli rękę złamaną, żebra. Niemcy się z tym nie liczyli. Ustawili nas "piątkami" i pognali ku przeznaczeniu. Doszliśmy do bramy i odczytaliśmy napis "Arbeit macht Frei" - co oznacza "Praca czyni cię wolnym". Nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy, ile ironii i szyderstwa zawiera to hasło, dopiero później tego doświadczyliśmy…
Wieczorem, gdzieś koło godziny dwudziestej pierwszej, zostaliśmy wpakowani do łaźni i zamknięci na całą noc. Rano wyprowadzili nas i urządzili apel. Jeden z Niemców przemówił: "Stąd nie ma innego wyjścia, jak tylko przez komin. I tu wasz żywot się skończy. BOGA TU NIE MA". Myślę sobie: "No tak… Bogami to wy jesteście. Żeby to w lesie się działo, w partyzantce, to bym…". Mówię to niepotrzebnie… No, ale człowiek musiał wszystko wysłuchać i przyjąć. Sześć godzin nas trzymali na apelu. Później przyszli młodzi esesmani i więźniowie niemieccy, kryminaliści. Pokazali nam ćwiczenia, byśmy wiedzieli, gdzie się znajdujemy. Utworzyli z więźniów kilka zwartych kół i gnali dookoła po wyboistym terenie. I Cała "zabawa" trwała całymi godzinami. Co słabsi i starsi odpadali, przecież nie dawali rady. A oni biciem i … kopali strasznie… odrzucali poganiacze na bok tych ludzi i zabierali ich do krankenbaum. Ale tam nie leczono ludzi… Tam zabierano do komór gazowych i później palono. Później dowiedziałem się, że w "kole" zostali najsilniejsi, zaprawieni fizycznie, no i ze względu na wiek. Ja przetrzymałem tę próbę męki. Miałem wtedy 22 lata. Byłem młodym, wysportowanym chłopakiem.
Później wzięli nas do łaźni jeszcze raz. Ale nie było czasu na umycie się, bo nas zaraz przeganiali do izby fryzjerskiej, gdzie "całkiem" strzyżono i odziewano. Dali "mundury w pasiaki" i każdemu wykłuwali numer na lewej ręce. Mieli gotowe tasiemki z numerami, przyklejali je na bluzie z lewej strony, a u góry winkiel. W środku winkla była litera narodowości, myślmy mieli literę "P". I winkiel był już z notką "za co więzień siedział". Jeżeli polityczny, to miał czerwoną, jeżeli siedział za jakieś tam przestępstwa, np. złodziej miał zieloną, sabotażyści czarną, wyznania jehowego fioletową. Wypytywali się każdego z nas o zawód. Podałem się jako ślusarz. Od razu przydzielali robotę. Ale wcześniej jeszcze wzięli nas na kwarantannę. Jeszcze byliśmy chyba 15 dni na kwarantannie. Gorzej jak taka kwarantanna przyszła w zimie, to było nie do zniesienia. No, ale wtedy jeszcze było ciepło, wrzesień, sierpień ... I po tej kwarantannie przydzielali nam pracę.
|